...to zaczęło się tak zwyczajnie i banalnie

Piotrusia zaczęły boleć nóżki, często chciał "na rączki". Pewnego razu ból obudził go w nocy i nie pozwolił już zasnąć. Rano okazało się, że nasz synek nie może wstać o własnych silach pomimo, iż jeszcze poprzedniego dnia biegał i bawił się jak wszystkie dzieci. Zaniepokojeni pojechaliśmy na pogotowie, gdzie lekarz stwierdził zapalenie stawów biodrowych. Po 6-dniowym leczeniu antybiotykiem dolegliwości ustąpiły i Piotruś mógł wrócić do domu. Zgodnie z zaleceniem lekarzy na jakiś czas musieliśmy ograniczyć jego aktywność ruchową. Piotruś jednak rwał się do harców i zabaw, więc byliśmy przekonani, że wrócił do zdrowia. Po trzech tygodniach Piotruś znów obudził się płacząc „mamusiu, bolą nóżki”. Ponowne prześwietlenie bioder niczego nie wykazało. Jednak Piotruś czuł się co raz gorzej, zaczął gorączkować. Kolejne dwa tygodnie leczenia antybiotykiem nie przyniosły żadnej poprawy. Wtedy skierowano nas na badanie krwi do Szpitala Hematologii i Onkologii Dziecięcej. Diagnoza brzmiała jak wyrok: ostra białaczka limfoblastyczna. W jednej chwili nasz świat stanął w miejscu… Ciężko opisać co wtedy czuliśmy. Nasze przerażenie było tym większe, iż nie wiedzieliśmy nic na temat tej choroby.. Pomimo lęku jaki nas wtedy ogarnął nie zdawaliśmy sobie jeszcze do końca sprawy z czym tak naprawdę przyszło nam się zmierzyć oraz jak długa, ciężka i nierówna walka nas czeka…

Pierwsze sześć tygodni Piotruś spędził w szpitalu. W tym czasie musiałam zrezygnować z pracy by móc się nim zająć. Właściwie zamieszkałam w szpitalu. Byłam przy nim 24 godziny na dobę, ale mimo to, on wciąż był wystraszony i niepewny. Obecnie jesteśmy już w domu, ale niemal codziennie kilka godzin spędzamy w klinice, gdzie Piotruś poddawany jest kolejnej chemioterapii. Za nim szereg bolesnych badan i zabiegów, a niestety czekają go kolejne. Ile - tego na razie nikt nie potrafi powiedzieć. Po 33 dniach pełnych obaw i niepewności, nieprzespanych nocach jakie upłynęły od zdiagnozowania białaczki u naszego synka nadeszła pierwsza dobra wiadomość. Przeprowadzona punkcja wykazała, ze organizm Piotrusia pozytywnie zareagował na leczenie i uzyskaliśmy remisję. Po raz pierwszy, od nie pamiętam kiedy, na naszych twarzach pojawił się uśmiech. Pomimo, iż zdajemy sobie sprawę, że przed nami wciąż daleka droga - przy braku powikłań bądź nawrotu choroby leczenie trwa około dwóch lat - był to dla nas olbrzymi przypływ energii niezbędnej do dalszej walki o zdrowie naszego dziecka. Było nam to ogromnie potrzebne, gdyż to co spotkało Piotrusia odbiło się na życiu całej naszej rodziny. Na obecnym etapie leczenia odporność Piotrusia na infekcje jest praktycznie zerowa. Każda bakteria czy wirus jest dla niego wielkim zagrożeniem. Z tego powodu musieliśmy zapomnieć o spacerach i ograniczyć wszelkie wizyty. Nawet babcia z dziadkiem nie bardzo mogą nas teraz odwiedzać. Darusia cały tydzień mieszka u babci, z nami spędza jedynie weekendy.